Prawdziwy kształt i historia statku kosmicznego

10

Opływowy kształt jest bezużyteczny w przestrzeni. Na satelitach nie znajdziesz wdzięcznych krzywizn aerodynamicznych. Próżnia kosmiczna nie powoduje oporu powietrza. Dlaczego więc wczesna fantastyka naukowa zawsze przedstawiała statki w kształcie torped? Czysta fikcja. Prawdziwe statki kosmiczne tworzone są w formie wymaganej przez misję.

Pierwszym, który przełamał ten stereotyp, był Sputnik 1. Związek Radziecki wystrzelił go 4 października 1957 roku. Była to kula z polerowanego metalu. Jego masa wynosiła 83,6 kg. To 184 funty. Nie został zaprojektowany z myślą o urodzie. Został stworzony, aby emitować sygnały i wychodzić na orbitę.

Nie był długo sam. Następnie pojawiły się bezzałogowe sondy ze Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych. Zadanie było proste: polecieć w kosmos. Udowodnij, że jest to możliwe.

Potem pojawili się ludzie.

12 kwietnia 1961 r. „Wostok-1”. Wysłał na orbitę Jurija Gagarina. Był to pierwszy załogowy statek kosmiczny. Cztery lata po wystrzeleniu Sputnika. Ramy czasowe były napięte. Ambicje są ogromne.

Od tego czasu flota statków kosmicznych wzrosła. Tysiące misji. Załogowe i bezzałogowe. Cele się zmieniły. Przestaliśmy po prostu pytać, czy możemy to zrobić. Zaczęliśmy pytać, co możemy zrobić w tej sprawie.

„Statki kosmiczne projektuje się w różnych formach, w zależności od celu misji”.

Wzrosła wiedza naukowa. Wzmocniło się bezpieczeństwo narodowe. Jednak najważniejszy jest wpływ, jaki wywiera na co dzień. Pamiętaj o telefonie. Prognoza pogody na ekranie. GPS prowadzący Twój samochód. Globalna rozmowa telefoniczna, która nigdy się nie kończy.

Telekomunikacja. Prognoza pogody. Bezpieczeństwo narodowe. To nie tylko modne hasła. Po to właśnie istnieje ten sprzęt. Kula nie tylko weszła na orbitę Ziemi. Zmienił sposób, w jaki na nim żyjemy.

Patrzymy w górę i widzimy gwiazdy. Inżynierowie patrzą w górę i widzą orbity. Znaczenie samego urządzenia nie jest tak ważne, jak sygnał, który transmituje.

Większość statków kosmicznych nie ma wystarczającej mocy, aby samodzielnie wejść na orbitę. To pasażerowie, a nie kierowcy. Podnoszenie ciężkich ładunków odbywa się w całości za pomocą pojazdu nośnego. Po wyczerpaniu się paliwa pierwszego stopnia następuje jego separacja. Statek kosmiczny dryfuje z prędkością uzyskaną od pierwszego pchnięcia.

Jest to prosta wymiana pędu. Jeśli start zapewni wystarczającą prędkość, urządzenie wejdzie na orbitę wokół Ziemi. Jeśli otrzyma silniejszy impuls, całkowicie pokonuje grawitację Ziemi. Stamtąd porusza się bezwładnie do innego celu. Mars? Księżyc? Głęboki kosmos? Układ napędowy jest cichy.

Ale cisza nie oznacza zatrzymania. Statki kosmiczne to nie tylko martwe ciężary unoszące się w próżni. Są wyposażone we własne małe silniki rakietowe do manewrowania. Silniki te zapewniają orientację urządzenia. Utrzymują panele słoneczne skierowane w stronę Słońca. Dostosowują trajektorię, gdy coś nieznacznie odbiega od planu.

Rozważmy program Apollo. To nie była jedna wielka rakieta. Był to system wyspecjalizowanych pojazdów wykonujących śmiercionośny taniec. Moduł Księżycowy był specyficznym instrumentem do pracy na powierzchni. Miał własne silniki. Pozwolili mu miękko wylądować na powierzchni Księżyca. Lądował. Czekałem. Następnie ponownie włączono te same silniki, aby wynieść astronautów z Księżyca.

Musieli wrócić do modułu dowodzenia. To urządzenie czekało na orbicie księżycowej. To nie była tylko skorupa. Dołączono do niego moduł serwisowy. To była elektrownia na podróż powrotną. Zawierał wystarczającą ilość paliwa, aby opuścić orbitę księżycową i wysłać statek z powrotem na Ziemię. Bez tej dodatkowej przyczepności załoga byłaby uwięziona.

Amerykański prom kosmiczny przyjął inne podejście do wyjścia poza planetę. To nie był system jednoetapowy. Był to projekt złożony, wieloetapowy. Orbiter miał trzy główne silniki na ciecz. Ale same nie zapewniały wystarczającej przyczepności. Polegali na jednorazowym zewnętrznym zbiorniku paliwa. Mieli także dołączoną parę dopalaczy na paliwo stałe.

Ta kombinacja zapewniła brutalną siłę potrzebną do dotarcia w przestrzeń kosmiczną. Po wejściu na orbitę zewnętrzny zbiornik i dopalacze zostały wyrzucone. Orbiter nadal poruszał się niezależnie. Do wejścia w atmosferę i lądowania wykorzystywał własne silniki. Logika pozostaje niezmienna od dziesięcioleci: dzięki dużym rakietom można szybko dotrzeć do celu. Sterujesz za pomocą małych silników. Przetrwasz, zarządzając pędem, który został ci dany.

Po co w ogóle używamy małych silników, skoro większość pracy wykonuje główna rakieta? Ponieważ przestrzeń jest ogromna. A obiekty są małe. Niewielkie odchylenie prędkości oznacza minięcie celu o tysiące mil. Precyzja małych silników jest równie ważna jak moc rakiety nośnej. Jeden przybliża Cię do celu. Druga gwarantuje, że dojedziesz na czas.

Projekt wahadłowca był ambitny. Próbowano połączyć moc rakiety z możliwością ponownego użycia samolotu. Na jakiś czas to działało. Ale fizyka pozostała ta sama. Rozmach jest królem. Zarządzanie jest królową. Bez prędkości początkowej nie poruszasz się. Bez drobnych poprawek trafisz w zupełnie inne miejsce.

Satelity na orbicie okołoziemskiej mają przewagę. Znajdują się w ciągłym świetle słonecznym. Panele słoneczne wychwytują fotony, ładując akumulatory. To niezawodny cykl. Gdy wystarczająco długo przebywasz na orbicie, otrzymujesz nieskończone źródło energii ze Słońca. Jednak prom kursował według innego rozkładu jazdy. Jego misje trwały zaledwie kilka tygodni. Potrzebował dużej mocy do krótkich impulsów. Zadanie to spełniały wodorowo-tlenowe ogniwa paliwowe. Łączą paliwo w celu wytworzenia energii elektrycznej i wody. Czysto. Skuteczny. Znika po czternastu dniach.

Ale co się stanie, gdy Słońce stanie się odległą gwiazdą?

Sondy kosmiczne muszą zmierzyć się z inną rzeczywistością. Poza Marsem światło słoneczne jest zbyt słabe, aby panele słoneczne były praktyczne. Sonda Galileo dotarła do Jowisza w 1995 r. Cassini została wysłana na Saturna w 1997 r. Misje te podróżowały daleko od Słońca. Potrzebowali energii, która mogłaby wystarczyć na lata, niezależnie od intensywności promieniowania słonecznego. Wykorzystali radioizotopowe generatory termoelektryczne (RTG).

RTG to prosta fizyka. Wykorzystuje ciepło. Mianowicie rozpad materiału radioaktywnego, takiego jak pluton-238. Rozpad ten generuje stabilne ciepło. Termopary przekształcają to ciepło bezpośrednio w energię elektryczną. Brak ruchomych części. Brak biegów. Tylko fizyka.

Dlaczego jest to dla Ciebie ważne?

Ponieważ sondy te wykonały większość pracy w naukach o planetach. Galileo sporządził mapę atmosfery Jowisza. Cassini badała pierścienie i księżyce Saturna. Dostarczyli danych, które zmieniły nasze rozumienie Układu Słonecznego. Wszystko to zasilane było przez małe autonomiczne źródło ciepła. Brak paneli słonecznych. Bez uzależnienia od gwiazdy oddalonej o miliardy mil.

Wybór projektu odzwierciedla profil misji. Krótkie wycieczki? Ogniwa paliwowe. Długie orbity? Energia słoneczna. Lata w ciemności? Radioizotopy. Każde rozwiązanie rozwiązuje konkretny problem. Ograniczenia odległości wpływają na decyzje inżynieryjne. W głębokim kosmosie nie można wymienić akumulatora. Trzeba to dobrze zaprojektować za pierwszym razem.

To kompromis. Pluton jest drogi. To jest ciężkie. Wymaga rygorystycznych protokołów bezpieczeństwa po uruchomieniu. Ale to działa. Stabilny. Przez dziesięciolecia.

Słońce jest doskonałym partnerem na niskiej orbicie okołoziemskiej. To nie działa poza pasem asteroid. To wtedy zwracamy się ku rozkładowi. W stronę ciepła. W stronę cichej energii niestabilnych atomów.